16 września 2011

Pan Popper i jego pingwiny.

 Sezon na zwierzęta w filmach trwa! Jeżeli jeszcze żadnego nie obejrzałeś z udziałem tych przeuroczych stworzonek jak najszybciej musisz to nadrobić! Najwidoczniej psy, koty i papugi się przejadły, więc przyszła pora na pingwiny. "Sławę" zawdzięczają dzięki Happy Feet (który okazał się hitem, jeżeli chodzi o animowane produkcje) oraz Na fali (przeszedł bez większego echa). Do tego dodajmy jeszcze Jima Carreya, który kiedyś (o ironio!) grał Ace Venturę (1994/1995, filmy chyba każdemu znane). Więc jaki jest tego wynik?

 Nie spodziewałam się cudów, genialnej fabuły, świetnych efektów specjalnych. Jedyne na co liczyłam to dobra gra aktorska i może odrobina poczucia humoru. Czy się zawiodłam? Poniekąd... Lecz zacznijmy od początku. Pan Popper to bogaty agent nieruchomości, który mieszka w luksusowym apartamencie na Manhattanie. Jest rozwodnikiem, ma dwójkę dzieci, które odwiedzają go w weekendy (czasem nie mają nawet na to ochoty). Z byłą żoną utrzymuje dobry kontakt, choć nie przepada za jej nowym "chłopakiem". Mogłoby się wydawać, że Popper jest człowiekiem sukcesu, mimo to odczuwa pewną pustkę w swoim życiu. Możliwe, że jest to związane z ciągłymi nieobecnościami jego ojca, gdy ten był jeszcze mały. Przyzwyczaił się do tego, że prowadził z nim od czasu do czasu wideo rozmowy, widywał go tylko w swoje urodziny, nigdy nie było go przy nim. Gdzie przebywał jego rodziciel? Na Antarktyce...

 Pewnego dnia otrzymuje paczkę, w której znajduje się pingwin. Początkowo wydaje mu się, że jest to wypchane zwierzę. Wyobraźcie sobie jego zdziwienie, kiedy kukła cudownie ożyła. W wyniku nieporozumienia do jego mieszkania trafia pięć kolejnych stworzeń i w ten oto sposób szanowany agent nieruchomości staje się opiekunem sześciu pingwinów - Kapitan, Krzykacz, Dziobacz, Smrodek, Kochaś, Niezdara (tak to jest, gdy imiona wymyśla się na poczekaniu). Gdyby to były gwiazdy zwierzęcego kina, a nie wymysł grafików z pewnością powiedziałabym - zapamiętajcie te imiona! 

 Jak na komedię rodzinną przystało, film zawiera różne morały i pouczenia. Uczy odpowiednich wzorców i zachowań. Pod tym względem jest całkiem dobry, ale uwaga! Nie idźcie później z małym dzieckiem do ZOO, gdyż może się to skończyć (nie)wesoło. Co do gry aktorskiej - mimika Jima mnie powala! Swoją twarzą potrafi wyrazić tyle emocji - rozbawić, zasmucić. Czasami przesadza, co podpina się pod komizm, ale taki jego urok, czyż nie? Odnoszę też wrażenie, że cały czas bazuje na tym, co kiedyś się nauczył i wypromował, nie rozwija się jako wszechstronny aktor - nie wyobrażam go sobie w dramacie. Z drugiej strony, jeżeli jest dobry w tym co robi, czy warto to zmieniać? 

 Jest to kolejny film na leniwe popołudnie, które pozwoli się zrelaksować i zbytnio nie skupiać się na fabule, pośmiać się z niecodziennego żartu scenarzysty. Odnosi się dziwne wrażenie, gdy w jednej scenie po ekranie biegają sobie prawdziwe pingwiny, a później tańczą cyfrowe. W sumie nieporozumieniem byłoby, aby od tych zwierzątek wymagać, żeby podskakiwały jak niektórzy celebryci w Tańcu z Gwiazdami. Choć kto wie, może miałyby jakąś szansę w walce o Kryształową Kulę? Ach, już nie gdybam, tylko wystawiam końcową ocenę i biorę się za poszukiwania czegoś ambitniejszego. Jakieś propozycje?
Ocena: 6/10

28 komentarzy:

  1. heh, nigdy tego nie widziałam ;)
    wole takie ambitne filmy jak np. Shrek :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Chyba nie kręcą mnie tego typu filmy, choć Jim'a Carreya bardzo lubię :)

    OdpowiedzUsuń
  3. ciekawy na niedzielne popołudnie ;)pingwinki uważam za słodziutkie ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Polecam "Midnight in Paris", skoro chcesz coś ambitniejszego :).

    Ja odebrałam ten film znacznie lepiej niż Ty. Choć jeśli chodzi o rozwój artystyczny Jima Carreya - zgadzam się, po wyjściu z kina pomyślałam dokładnie o tym samym.

    OdpowiedzUsuń
  5. o matko, jak tylko zobaczyłam trailer tego filmu w kinie, to stwierdziłam, że ten film musi być porażką. Nie lubie Carrey'a, jak dla mnie poprostu robi z siebie idiotę i to wcale nie jest śmieszne, ale dla innych oczywiście może być i nikogo nie potępiam za to, że go lubi :) ten aktor niestety nie przypadł mi do gustu, dlatego filmu na pewno nie obejrzę :D

    OdpowiedzUsuń
  6. obejrzałam w nocy i rano obejrzałam jeszcze raz hahaha :D świetny odcinek! teraz trzeba czekać tydzień o.O

    OdpowiedzUsuń
  7. Masz naprawę świetny blog!
    Obserwujemy?

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie wiem czemu ale jakoś ten film od samego początku do mnie nie przemawia, nie ciągnie mnie do jego obejrzenia mimo, że Jim Carrey jest całkiem dobrym aktorem komediowym.

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja także oglądałam ten film. Nie był jakiś wybitny, ale mój młodszy brat, z którym poszłam to obejrzeć, śmiał się prawie ciągle ;) Momentami także mi się podobał. Ot, tak komedia dla wszystkich.

    OdpowiedzUsuń
  10. dziękuję!

    ale się tutaj uroczo zrobiło! :)

    OdpowiedzUsuń
  11. słodziaki te pingwinki :P


    www.arynsa-arynsa.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  12. Film jest super!:) oglądałam i polecam;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  14. Bliższy dla mnie jest już film "Na fali" niż "Happy Feet", chociaż oba widziałam ;). Opisywanego przez ciebie nie miałam okazji obejrzeć i jakoś nie mam na razie ochoty - co nie znaczy, że w pewien nudny dzień ona nie nadejdzie ;). Nie lubię Carrey'a, denerwuje mnie ta jego przesadzona mimika, z komediowych aktorów wolę już Adama Sandlera. Chciałabyś coś ciekawszego? Od Pana Poppera na pewno lepszy będzie "Don Juan DeMarco", którego wczoraj oglądałam (ale dla mnie wszystko co z Depp'em jest świetne, więc opinia filmu nie jest obiektywna). Mogę polecić jeszcze "Rozpustnika" (tak, z Depp'em ;)), którego też wczoraj oglądałam.

    OdpowiedzUsuń
  15. Tak, to bardzo mi pomogło wczuć się w nowy klimat, poznałam nauczycieli, wiem, gdzie muszę się bardziej przyłożyć.

    Tak, Facebook opanował świat. Wszyscy się od niego uzależnili, wrzucają tam każde zdjęcie. Czytałam kiedyś na pewnym blogu coś w tym stylu: "ona mnie chyba nie lubi. nie ma mnie nawet w znajomych na Facebooku!". Teraz wyznacznikiem jest, że jeśli kogoś nie ma się w znajomych na Fb, to się tej osoby nie lubi. Jeśli dziewczyna pisze z chłopakiem na Fb to albo się przyjaźnią, albo coś do siebie czują. Uważam to za co najmniej dziwne.

    OdpowiedzUsuń
  16. Dziękuję Ci za komentarz a co do studiów to zaczynam nauczanie biologii;) i mam nadzieje że dam rade bo szczerze mówiąc mam troche stracha;P co do Twojej notki to wstyd sie przyznać ale nie widziałam żadnego filmu z pingwinami i wiem że musze to nadrobić ale chyba skusze się na happy feet;) Pozdrawiam;)Dziękuję Ci za komentarz a co do studiów to zaczynam nauczanie biologii;) i mam nadzieje że dam rade bo szczerze mówiąc mam troche stracha;P co do Twojej notki to wstyd sie przyznać ale nie widziałam żadnego filmu z pingwinami i wiem że musze to nadrobić ale chyba skusze się na happy feet;) Pozdrawiam;)

    OdpowiedzUsuń
  17. Nie miałam okazji obejrzec jeszcze tego filmu,czas nadrobic braki:)

    Obserwuję:)

    OdpowiedzUsuń
  18. czekam na nowy post zapraszam

    OdpowiedzUsuń
  19. nie znam tego, ale tego pana nie lubię.

    wiem! ale czasami wspomnienia są tak bolesne, że lepiej byłoby zapomnieć, aby normalnie funkcjonować.

    OdpowiedzUsuń

Skomentuj, a jeżeli ci się podoba mój blog - dodaj go do obserwowanych. Będę niezmiernie szczęśliwa.

P.S - MÓJ BLOG TO NIE SŁUP OGŁOSZENIOWY!